DOŚWIADCZENIE, KTÓRE ZMIENIŁO MOJE ŻYCIE/UN’ESPERIENZA CHE HA CAMBIATO LA MIA VITA

il

 

La nostra Autrice Bozena Topolska, di Cracovia, nota professionista ed esperta del mondo italiano, ancora una volta ci allieta con una sua iniziativa che siamo sicuri i nostri numerosi lettori leggeranno con curiosità, interesse e stupore. Si tratta di una intervista che lei fa ad un girovago italiano che racconta come  sia stato folgorato da un amore polacco duraturo nel tempo, ma che ha tradito…ha tradito con un’amante dalla quale non sa separarsi, sicché è costretto a vivere con entrambe cercando di non deludere nessuna delle due. Abbiamo pensato di incominciare con una breve presentazione che Mario Carbone, infedele marito quanto infedele amante fa di se stesso.

Grazie Bozena, per questa preziosa chiacchierata con un personaggio originale e interessante. Ringraziamo anche Mario e gli proponiamo di regalarci una sua testimonianza delle sue peripezie ed esperienze per il mondo

La redazione

 

Mario Carbone dice di sé:

Il 6 maggio del 1966 vengo portato al mondo e vorrei sottolineare non di mia spontanea volontà forse preveggendo cosa avrei trovato lì fuori.

Dopo un’inutile e noiosa infanzia e, come la maggior parte dei ragazzi, una più interessante pubertà incontrai l’amore della mia vita, amore che ancora riempie le mie giornate, il computer. Ma siccome si sa che noi uomini siamo fedifraghi iniziai presto a frequentare anche la mia amante, la macchina fotografica. Oggi infatti mi prostituisco come sistemista informatico, nel senso che mi faccio pagare per connettere sistemi con cavi in connubi equivoci che ricordano l’arte dello Shibari giapponese ma la mia amante che mi fa da terzo occhio è sempre al mio fianco per esempio durante le sessioni come fotografo a teatro oppure aiutando qualche seducente (o sedicente) modella a mostrare la sua bellezza esteriore perché per mostrare alla macchina fotografica quella interiore si rischia di finire in gattabuia. Recentemente anche la mia amante si è ingelosita per la mia promiscua frequentazione con un’altra pericolosa concorrente, la penna. Per pudore verso il gentile lettore eviterò di elencare le altre memorie delle mie puttane tristi (come diceva Gabriel Garcia Marquez) quali chitarre e sassofoni e simili e peggio ancora l’orgia del canto corale. Sperando di (non) aver sconvolto qualche benpensante regalo a tutti il bacio sulla bocca mai dato di Fabrizio De André.

 

 

6 maja 1966 r zostałem sprowadzony na świat i od razu chciałbym podkreślić, że nie nastąpiło to z mojej własnej woli, być może dlatego, że przewidywałem to, co zastanę na zewnątrz.

Po zbytecznym i nudnym dzieciństwie, a po ciekawszym okresie dojrzewania, jak większość chłopców spotkałem miłość mojego życia, miłość, która wciąż wypełnia moje dni, to znaczy komputer. Ale ponieważ wiadomo, że my mężczyźni jesteśmy niewierni, to wkrótce zacząłem umawiać się z moim kochankiem – aparatem fotograficznym. Dzisiaj, tak naprawdę, prostytuuję się jako administrator systemów komputerowych w tym sensie, że płacą mi za łączenie kablami systemów w dwuznaczne z(wiązki), co przypomina sztukę japońskiego Shibari. Mój kochanek, który jest  moim trzecim okiem jest zawsze przy mnie, na przykład podczas fotograficznych sesji w teatrze lub  kiedy pomagam jakiejś uwodzicielskiej (lub samozwańczej) modelce pokazać jej zewnętrzne piękno, ponieważ aby pokazać piękno wewnętrzne ryzykujesz, że skończysz w pace. Ostatnio moja miłość zrobiła się zazdrosna o moją rozwiązłą znajomość z innym niebezpiecznym konkurentem, a mianowicie z piórem. Ze skromności wobec życzliwego czytelnika nie wymienię innych wspomnień o moich „smutnych dziwkach” (jak mawiał Gabriel Garcia Marquez), takich jak gitary i saksofony oraz podobnych, a co gorsze o orgiach śpiewu chóralnego. Mając nadzieję (nie) zdenerwować niektórych konserwatystów przesyłam wszystkim pocałunek na usta, którego nigdy nie zrealizował Fabrizio de Andrè.

Bozena Topolska

DOŚWIADCZENIE, KTÓRE ZMIENIŁO MOJE ŻYCIE

 Bożena Topolska:  Chciałabym porozmawiać o twoim zainteresowaniu i fascynacji Polską. Czy kiedyś pomyślałeś (jakieś 30 lat temu), żyjąc w stabilnym kraju świata zachodniego, na południu Włoch, że twoje życie, twój los na jakiś czas zwiąże cię z jednym z krajów bloku wschodniego, pogrążonego jeszcze w mrokach komunizmu? Opowiedz, jak to się zaczęło. Jaką rolę odegrał w twoich zainteresowaniach innymi kulturami Uniwersytet dla Obcokrajowców w Reggio Calabria-Pellaro.

 

Mario Carbone:  Wiele lat temu ówczesny rektor dał mi możliwość bycia w grupie, która pomagała studentom przyjeżdżającym do mojego miasta, którzy uczestniczyli w kursach organizowanych przez Uniwersytet dla Obcokrajowców “Dante Alighieri”, co zmieniło moje życie. Aby to zrozumieć, trzeba znać dobrze kontekst. W tamtych czasach Reggio Calabria było małym miasteczkiem, społecznością autochtoniczną, która nie znała prawie żadnych mieszanek kulturowych. Znajomość ludzi z tak różnych miejsc i kultur zmieniła mnie dogłębnie. Dom moich rodziców zaczął przypominać siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych. Studenci – miłośnicy języka włoskiego – przyjeżdżali ze wszystkich zakątków świata i gromadzili się na wieczorach towarzyskich. Zacząłem się interesować tematami, których nigdy wcześniej nie myślałem. Spotykałem się z Polką, a potem na trzy miesiące przeprowadziłem się do Warszawy, aby pomóc jej napisać pracę magisterską o Sciascii. Po 36 godzinnej podróży pociągiem przywiozłem jej komputer; można sobie tylko wyobrazić jak wielki i ciężki był monitor w 1990 roku.

Warszawa w tamtym czasie nie była już komunistyczna. W latach ’89 – ’92 widziałem społeczeństwo zmagające się z epokową zmianą. To co widziałem znikało bez śladu kilka miesięcy później. Za każdym razem, kiedy odwiedzałem Warszawę, miałem wrażenie, że przyjeżdżam do innego miasta.

Spoglądając wstecz na tamte lata, muszę przyznać, że Uniwersytet pozwolił mi odkryć, że piękno świata leży w jego różnorodności. Dało mi to potem odwagę, by zostawić wszystko i przenieść się do Argentyny na prawie 8 lat w pogoni za miłością i potrzebą emocjonalnego oderwania się od całego mojego dotychczasowego życia, by iść własną drogą. Dzisiaj Włochy  są dla mnie za ciasne, Europa jest o jeden rozmiar większa, ale ciągle mi nie wystarcza. Churchill powiedział, że będziemy wolni, kiedy nie będzie już potrzeby posiadania paszportów (tyle jeśli chodzi o Brexit).

 

B.T.: Po latach napisałeś bardzo piękną powieść poetycką (niestety nie została jeszcze wydana po polsku) o filozoficznym wręcz tytule „Se io fossi solo io, ma forse sono qualcun altro” („Gdybym ja był tylko „ja”, ale może jestem kimś innym”), którą umieściłeś w sieci. Akcja toczy się w wielu znanych miastach Polski, w tym w Krakowie. Co skłania Włocha do napisania takiej książki?

M.C.: Książka zrodziła się z potrzeby uporządkowania niektórych myśli; to nie jest autobiografia, a opowiadana w niej romantyczna historia nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, lecz stanowi ramę, w której chciałem przedstawić niektóre tematy, takie jak rozwój osobisty, który nie ma związku z wiekiem i nie zawsze rodzi się z konieczności wewnętrznych poszukiwań, ale z drobnych, przypadkowych zdarzeń, zmuszających nas do zmiany drogi, gdy wszystko wydaje się podążać w kierunku niezmiennej rutyny. Miasta wymienione w książce  odwiedziłem podczas moich podróży, dużo miejsca zajmuje w niej Kraków, ponieważ jest to miejsce szczególne, w którym czuję się jak w domu. Nic nie brzmi bardziej normalniej w moich uszach jak  powiedzenie “do zobaczenia pod Bagatelą” – słynnym krakowskim teatrem, koło którego przejeżdża większość tramwajów.

W opisie wiejskiej chaty na północy Polski wykorzystałem zdjęcia, o przysłanie których poprosiłem moją serdeczną przyjaciółkę ze Świecia, której babcia mieszka na wsi, a do opisu Pragi, mimo że kilka razy byłem tam, inspiracją stała się dla mnie książka polskiego dziennikarza i pisarza Mariusza Szczygła „Zrób sobie raj” wydana we Włoszech pod tytułem “Fatti il tuo paradiso”.

 

B.T.: Twoja wiedza o Polsce nie jest ani stereoptypowa, ani powierzchowna. Byłeś wiele razy w naszym kraju, jesteś w stanie rozmawiać po polsku, znasz literaturę, orientujesz się w naszej historii i jesteś na bieżąco z życiem artystycznym. Kilka lat temu zafascynowała cię piosenkarka Anna Maria Jopek (przyjechałeś nawet na jej koncert), a ja osobiście od Ciebie dowiedziałam się o istnieniu poezji Zuzanny Ginczanki (trochę wstyd przyznać, ale tak było). Opowiedz o tym.

 

M.C.: Moje uznanie dla poezji Ginczanki – uczennicy Tuwima (była nawet nazywana Tuwimem w spódnicy), zastrzelonej przez Niemców w Krakowie w wieku zaledwie 27 lat – pochodzi z badań profesora Alessandro Amenty na ten temat oraz z wydanej przez niego antologii z oryginalnym tekstem „Krzątanina mglistych pozorów”. Napisałem artykuł o życiu Ginczanki dla Polonicult a podczas Dnia Pamięci przeczytałem kilka jej wierszy z zespołem teatralnym Trykot-Teatr w Rzymie, do którego należę.

Mój podziw dla wokalistki Anny Marii Jopek zrodził się przypadkiem w wyniku poszukiwań prowadzonych nad amerykańskim muzykiem jazzowym Patem Methenym. Kiedy usłyszałem muzykę Anny Marii Jopek, odkryłem na nowo moją miłość do języka polskiego, który gdzieś pozostał w cieniu podczas mojego pobytu w Argentynie. Jako miłośnik jazzu klasycznego od razu doceniłem przemieszanie popu i folkloru doprawionych sosem jazzowym Jopek. Pozwoliło mi to odkryć muzykę grupy Mazowsze, do której należał ojciec AMJ i zaskoczyło mnie, jak odmiennie brzmi w moich uszach język polski śpiewany i mówiony. Podczas gdy język mówiony dźwięczy jak zestaw chropowatych sylab, to śpiew sprawia, że brzmią one łagodnie i melodyjnie. Przeprowadziłem kilka małych doświadczeń, grając piosenki współczesnych polskich autorów kilku moim włoskim przyjaciołom i prawie wszyscy myśleli, że to portugalski z Brazylii.

 

B.T.: Spędziłam w Reggio Calabria na wspomnianym wcześniej uniwersytecie ponad rok i odniosłam wrażenie, że ludzie z Południa są trochę zamknięci na inne kultury, czasami przypominali mi polską prowincję. Nie mieścisz się w tych ramach; jesteś otwarty, nie oceniasz pochopnie ludzi. Czy to kwestia wychowania w domu rodzinnym, czy stare geny innych ludów, które przemierzyły kiedyś te tereny?

 

M.C.: Każdy z nas jest inny i nie zawsze jest to kwestia kultury rodzinnej, powiedziałbym raczej, że możliwości, które się tworzą i które albo się pochwyci w lot, albo pozwoli im się przejść bez pozostawienia śladu w twoim życiu. W pewnym momencie złapałem ten pociąg, któremu zbyt długo pozwalałem przejeżdżać przez moją stację.

 

B.T.: Jesteś totalną hybrydą renesansową: z jednej strony masz ścisły umysł (pracujesz jako informatyk, piszesz programy), a z drugiej osobowość całkowicie artystyczną: piszesz, robisz piękne zdjęcia z pogranicza fotografii i obrazów, grasz na gitarze, śpiewasz, a niedawno oprowadzałeś turystów po Rzymie, w którym mieszkasz ze swoją argentyńską żoną. A na dodatek grasz w teatrze polskim (jako jedyny Włoch w tym składzie) w Rzymie. Skąd to wszystko w jednym człowieku? Geny? Nauka? Pasja?

M.C.:  Moja praca techniczna musi być równoważona przez działania artystyczne, które zwalniają mnie z konieczności życia wyłącznie w rzeczywistości empirycznej. Rzym, miasto, w którym mam swój dom, jest miejscem, które tworzy cuda, ale też zobowiązuje zainteresowanych do zgłębiania jego nieskończonych tajemnic i pokazania nawet ich niewielkiego procentu niczego nie podejrzewającym turystom – to przyjemność dla duszy. Teatr był kolejnym czystym przypadkiem. Mój poziom języka polskiego stał się zbyt wysoki, bym mógł zapisać się na kolejny kurs dla początkujących (w Rzymie nie jest łatwo znaleźć kursy powyżej poziomu A2). Dowiedziałem się, że szukają uczestników na kurs teatralny organizowany przez polski konsulat w Rzymie i zapisałem się z nadzieją na możliwość poprawy wymowy. Bawi mnie bycie w tej grupie i doprowadzanie reżysera Olka Mincera do szaleństwa za każdym razem, gdy błędnie wymawiam zgłoskę „y” (różnica w wymowie w słowach „wejście” a „wyjście” jest dla mnie wciąż tajemnicą).

 

B.T.:  Nie mogę nie zadać pytania o kuchnię polską. Jakie są twoje ulubione potrawy? Wiem, że zrobiłeś kiedyś polskie pierogi w domu, co jak na Włocha nie jest wcale taką oczywistą sprawą.

 

M.C.:  Właściwie to pieroghi (moim zdaniem lepiej pisać tak niż „pierogi”) są jednym z ulubionych dań mojej córki i to ona przekonała mnie do zakupu maszynki do mielenia mięsa, abym mógł je przygotowywać. Moim ulubionym daniem w Polsce jest zdecydowanie szarlotka (wymawia się mniej więcej sciarlotca), gdyż  jabłka, wraz z malinami, są narodowym owocem (każda szanująca się historia musi opowiadać w Polsce o “malinach”). Chciałbym opowiedzieć anegdotę o polskiej kuchni, ale ona pasuje do każdej innej sytuacji. Zawsze byłem przekonany, że mieszkanie za granicą z rodziną sprawi, że lepiej poznam prawdziwe życie kraju i nadal częściowo tak uważam, ale kiedy na początku lat 90-tych spędziłem trzy miesiące mieszkając u polskiej rodziny, doszedłem do wniosku, że kuchnia tego kraju jest najgorsza, z jaką można się zetknąć. Kiedy kilka lat później wróciłem do Włoch po krótkim pobycie w Argentynie, to podróżując ponownie po Polsce, odkryłem bogatą, smaczną, dobrze przygotowaną i zróżnicowaną kuchnię. Wydaje mi się, że wpływ na mój poprzedni osąd miał fakt, że mieszkałem w rodzinie, której członkowie nie mieli szczególnych umiejętności kulinarnych, a na dodatek w tamtych latach w Polsce brakowało wielu produktów. Dzisiaj, kiedy myślę o swojej pomyłce, staram się nie wygłaszać pochopnych sądów ogólnych, kiedy jedyne źródło poznania stanowi tylko moje osobiste doświadczenie.

B.T.:  Jesteś bezwyznaniowy; powiedz, co sądzisz o religii katolickiej w wydaniu polskim. Jakie widzisz różnice w postawach, w sposobie patrzenia na świat i życie w Polsce i we Włoszech, które religijnie są nam bliskie.

M.C.: Nie jestem katolikiem, ale pochodzę z katolickiej rodziny i przez wiele lat byłem katolickim skautem. Doceniam religię, która głosi miłość i wierzę, że istnieją części Biblii, szczególnie w Nowym Testamencie, które przekazują uniwersalne przesłanie wykraczające poza czas i przestrzeń. Nie cenię polskiego Kościoła w jego postawach najbardziej reakcyjnych i wykluczających wobec tych, których uważa za “innych”, co tworzy nienawiść; oczywiście nie można generalizować, ale takie jest moje ogólne wrażenie w ostatnich latach. Wyraźny przykład różnicy w moim sposobie postrzegania religii jako wartości można znaleźć w dziele Sienkiewicza “W pustyni i w puszczy”, kiedy to chłopiec – główny bohater – woli zaryzykować życie wszystkich, w tym swoich przyjaciół i kupca, który mu pomógł, aby nie wyrzec się swojej wiary, nawet jeśli tylko udawał. Uważam, że można ryzykować tylko własne bezpieczeństwo dla osobistej wartości, ale nie innych.

Są rzeczy, które fascynują mnie w Polsce jak na przykład fakt, że moim zdaniem Polacy mieszczą się  mniej więcej pośrodku pomiędzy beztroską Włochów a skrajną sztywnością Niemców, ale są też rzeczy, które nie przynależą do mojego bagażu wartości, jak na przykład irytujący nacjonalizm.

B.T.:  Kiedy we Włoszech zaczął szaleć koronawirus byłeś akurat w Mediolanie, czyli właściwie w samym sercu cyklonu. Jak wyglądała twoja kwarantanna?

M.C.:  Obecnie pracuję jako ekspert ds. bezpieczeństwa informatycznego w międzynarodowej firmie, której siedziba znajduje się bardzo blisko pierwszych czerwonych stref. Z nastaniem pandemii odesłano mnie do domu do pracy zdalnej. Pod tym względem nic się nie zmieniło, ponieważ firma była przygotowana na taką ewentualność, a ponieważ moja praca okazała się efektywna również z domu, sądzę, że nie wrócę już do biura poza szczególnymi przypadkami i będzie to największa rewolucja w pracy, która zmieni na zawsze Włochy po Covid19. Rodziny, które kiedyś pracowały setki kilometrów od miejsca zamieszkania, teraz wrócą pod ten sam dach, aby żyć w zdrowszym i bardziej naturalnym związku. Firmy wydadzą mniej na opłacanie miejsca dla pracowników, na prąd, ogrzewanie, gaz, sprzątanie, utrzymanie tak dalej.

B.T.:  Co dla ciebie jest tak naprawdę w życiu ważne?

M.C.: Jestem przekonany, że nie istnieje ten sam sens życia dla wszystkich (z całym szacunkiem dla Monty Pythona), ale życia nie należy marnować, nie wolno pozwolić, aby nasze lęki, obawy uniemożliwiły nam jego pełne przeżycie.

Mario Carbone

 

Bożena Topolska: Vorrei parlare del tuo interesse e del tuo fascino per la Polonia. Hai mai pensato (circa 30 anni fa), vivendo in un paese stabile del mondo occidentale, nel sud dell’Italia, che la tua vita, il tuo destino ti avrebbe legato per qualche tempo a uno dei paesi del blocco dell’est, ancora immerso nell’oscurità dell’abisso comunista? Che ruolo ha avuto l’Università per Stranieri a Reggio Calabria-Pellaro nel tuo interesse per le altre culture?

Mario Carbone: Tanti anni fa mi fu data dal rettore d’allora la possibilità di far parte di un gruppo che aiutava gli studenti che arrivavano nella mia città per partecipare ai corsi dell’Università per Stranieri “Dante Alighieri”, un’esperienza che ha cambiato la mia vita. Bisogna conoscere il contesto per capirne bene le motivazioni. Reggio Calabria all’epoca era una piccola città, una comunità autoctona che non conosceva quasi mescolanze culturali. Conoscere persone provenienti da posti e culture così diverse non poteva non cambiarmi profondamente. Casa dei miei genitori iniziò a sembrare una sede delle Nazioni Unite, studenti amanti della lingua italiana che arrivavano da ogni angolo del mondo affollavano le serate sociali. Cominciai ad interessarmi ad argomenti che non avevo mai preso in considerazione prima. Iniziai a frequentare una ragazza polacca e mi trasferì tre mesi a Varsavia per aiutarla a scrivere la sua tesi di laurea su Sciascia al computer portandomelo in un viaggio di 36 ore in treno; immaginate quanto potesse essere ingombrante e pesante un monitor nel 1990.

La Varsavia del tempo non era già comunista ma quello che vidi tra l’89 ed il 92 fu una società alle prese con un cambiamento epocale, quello che vedevo spariva senza lasciarne traccia a distanza di pochi mesi, era come se ogni volta che visitavo Varsavia fossi arrivato in una città diversa.

Guardando indietro nel tempo, devo dire che L’Università mi ha fatto scoprire che la bellezza del mondo sta nella sua diversità. Mi ha dato il coraggio di lasciare tutto e trasferirmi in Argentina per quasi 8 anni inseguendo l’amore e la necessità di staccarsi dagli affetti di tutta la vita per intraprendere la propria strada. Oggi i panni di italiano mi stanno stretti, di europeo sono una taglia in più ma ancora non mi basta. Churchill diceva: saremo liberi quando non ci sarà più bisogno di passaporti (alla faccia della Brexit).

 

B.T.: Anni dopo hai scritto un romanzo molto bello e poetico (purtroppo non è ancora stato pubblicato in polacco) con il titolo filosofico “Se io fossi solo io, ma forse sono qualcun altro”, che hai pubblicato online. Il libro è ambientato in molte famose città polacche, tra cui Cracovia. Cosa spinge un italiano a scrivere un libro del genere?

M.C.: Il libro nasce dalla mia esigenza di mettere in ordine alcuni pensieri, non è un libro autobiografico e la storia romantica di cui si narra non ha niente di veritiero ma è una cornice dentro la quale volevo presentare alcuni argomenti come la crescita personale che non ha età, che non sempre nasce dalla necessità di una ricerca interiore ma da piccoli episodi, casuali, che ti obbligano a cambiare strada quando tutto sembra essere ormai avviato verso una routine immutabile. Le città citate nel libro sono posti che ho visitato nei miei viaggi, in particolare dedico un posto speciale a Cracovia perché è un luogo dove mi sento a casa. Non c’è niente che suoni normale alle mie orecchie della frase “ci vediamo di fronte a Bagatela” il famoso teatro di Cracovia dove passano la maggior parte dei tram per il centro.

Per la descrizione della casetta rurale nel nord della Polonia mi sono fatto mandare delle foto da una mia cara amica di Świecie la cui nonna vive in campagna, per la descrizione di Praga invece nonostante ci sia stato più volte ho preso ispirazione dal libro del giornalista e scrittore polacco Mariusz Szczygieł pubblicato in Italia con il titolo “Fatti il tuo paradiso”.

 

B.T.: La tua conoscenza della Polonia non è né stereotipata né superficiale. Sei stato molte volte nel nostro Paese, sai parlare il polacco, conosci la nostra letteratura, la nostra storia e sei al passo con la vita artistica. Qualche anno fa sei rimasto affascinato dalla cantante Anna Maria Jopek (sei anche venuto al suo concerto in Polonia) e io proprio da te ho saputo dell’esistenza della poesia di Zuzanna Ginczanka (mi vergogno un po’ ad ammetterlo, ma è stato così). Ne puoi parlare?

M.C.: Il mio apprezzamento verso la poesia della Ginczanka, discepola di Tuwim tanto da essere chiamata la Tuwim in gonnella e morta fucilata dai tedeschi a Cracovia a soli 27 anni nasce dalla ricerca del professor Alessandro Amenta sull’argomento e dal suo libro antologico con testo originale a fronte  “Un viavai di brumose apparenze”. Ho scritto un articolo sulla vita della Ginczanka per Polonicult ed ho letto alcune sue poesie con il gruppo di teatro di cui faccio parte Trykot-Teatr w Rzymie in occasione del giorno della memoria.

L’ammirazione verso la cantante Anna Maria Jopek nasce casualmente da una ricerca sul jazzista statunitense Pat Metheny. Quando ho sentito la musica di Anna Maria Jopek ho riscoperto il mio amore per la lingua polacca che aveva latitato durante gli anni argentini. Da amante del jazz classico ho da subito apprezzato la commistione di pop e folclore conditi in salsa jazz della Jopek. Mi ha fatto scoprire la musica del gruppo Mazowsze di cui il padre era integrante e mi sono sorpreso di come alle mie orecchie suoni diversamente il polacco parlato e quello cantato. Mentre la lingua parlata risuona come un insieme di sillabe strascicate, il canto rende questi suoni dolci e melodiosi. Ho fatto qualche piccola prova empirica facendo ascoltare canzoni di autori polacchi contemporanei ad alcuni amici italiani e quasi tutti hanno pensato che fosse portoghese del Brasile.

 

B.T.:  Ho trascorso più di un anno a Reggio Calabria presso l’università di cui parlavo prima e ho avuto l’impressione che le persone del Sud siano un po’ chiuse alle altre culture, a volte mi hanno ricordato la provincia polacca. Tu non ti inserisci in questo quadro; sei di mentalità aperta, non giudichi le persone frettolosamente. È una questione di educazione in famiglia, o dei vecchi geni di altri popoli che una volta attraversavano la terra?

 

M.C.: Ognuno è diverso e non sempre è una questione di cultura familiare, più spesso direi di opportunità che si vengono a creare e che uno coglie al balzo oppure fa passare senza che lascino traccia nella tua vita. Io ad un certo punto ho colto il treno della conoscenza che avevo lasciato attraversare la mia stazione per troppo tempo.

 

B.T.: Sei un ibrido rinascimentale totale: da un lato hai una mente rigorosa (lavori come informatico, programmi), dall’altro hai una personalità completamente artistica: scrivi, scatti bellissime foto al limite della fotografia e delle immagini, suoni la chitarra, canti, e recentemente hai guidato i turisti in giro per Roma, dove vivi con la tua moglie argentina. E per di più, reciti nel teatro polacco (come unico italiano in questa formazione) a Roma. Perché tutto questo in un solo uomo? I geni? La scienza? Passione?

 

M.C.: Il mio lavoro come tecnico ha bisogno di essere bilanciato da attività artistiche che mi sollevino dalla necessità di vivere esclusivamente di realtà empirica. Roma la città in cui possiedo casa è un posto che crea meraviglia ma che obbliga il curioso a studiarne gli infiniti misteri e mostrarne anche una percentuale infinitesimale ai turisti ignari è un piacere per l’anima. Il teatro è stato l’ennesimo caso fortuito, il mio livello di polacco era diventato troppo alto per fare l’ennesimo corso per principianti di lingua e non è facile trovare a Roma corsi superiori ad un livello A2 ed allora notai che cercavano partecipanti per un corso di teatro organizzato dal consolato polacco di Roma e mi iscrissi nella speranza di migliorare la mia dizione. Mi diverto a dare il mio contributo al gruppo ed a fare impazzire il direttore Olek Mincer ogni volta che pronuncio male le y (per me è ancora un mistero la differenza di pronuncia tra “entrata” ed “uscita” – “wejście” i  “wyjście”).

 

B.T.: Non posso fare a meno di fare una domanda sulla cucina polacca. Quali sono i tuoi piatti preferiti? So che una volta facevi i ravioli polacchi a casa tua, il che non è così ovvio per un italiano.

 

M.C.: In realtà i pieroghi (secondo me in italiano meglio scrivere così che pierogi) sono uno dei piatti preferiti di mia figlia è lei che mi ha convinto a comprare un tritacarne per poterli preparare. Il mio piatto preferito in Polonia è sicuramente la szarlotka (da leggere più o meno sciarlotca), d’altra parte le mele sono il frutto nazionale insieme ai lamponi (ogni storia che si rispetti deve parlare di “maliny” in Polonia). Mi piacerebbe raccontare un aneddoto a proposito della cucina polacca ma che potrebbe valere in qualsiasi altra situazione. Ho sempre creduto che vivere un’esperienza all’estero in famiglia mi avrebbe fatto conoscere meglio la vita reale di un paese ed ancora in parte la penso così ma quando ho passato tre mesi presso una famiglia polacca agli inizi degli anni 90 mi ero fatto l’idea che la cucina di quel paese fosse la peggiore in cui ci si potesse imbattere, invece anni dopo quando ritornai in Italia dopo la parentesi argentina viaggiando di nuovo in Polonia scoprì una cucina ricca, gustosa, ben preparata e varia. Quello che penso sia successo è che vivere in una famiglia i cui i componenti non avessero particolari abilità culinarie e la mancanza di prodotti che in quegli anni ancora affliggeva la Polonia abbia ingannato il mio giudizio. Oggi ripensando al mio errore tendo in generale a dare giudizi meno ferrei quando l’unica fonte è la mia personale esperienza.

 

B.T.: Tu non sei religioso; dimmi cosa pensi della religione cattolica polacca. Quali differenze vedi nel modo in cui guardate il mondo e la vita, in Polonia e in Italia, che sono religiosamente vicine.

M.C.: Io non sono cattolico ma provengo da una famiglia cattolica e sono stato scout cattolico per moltissimi anni. Apprezzo una religione che predica l’amore e credo che vi siano parti Bibbia soprattutto nel nuovo testamento che trasmettano un messaggio universale trascendente il tempo e lo spazio. Non apprezzo la chiesa polacca nelle sue manifestazioni più reazionarie e di esclusione verso chi ritiene “diverso” che creano forme d’odio , non si può fare di tutta l’erba un fascio naturalmente ma questa è l’impressione generale che mi ha dato in questi anni.  Un chiaro esempio della differenza del mio modo di vedere la religione come valore si può trovare nell’opera di Sienkiewicz “Per deserti e per foreste”, quando il ragazzino protagonista preferisce rischiare la vita di tutti compresi gli amici e il commerciante che l’aveva aiutato per non abiurare la propria fede anche se solo per finta. Ritengo che si possa rischiare solo la propria incolumità per un valore personale non quella degli altri.

Vi sono cose che mi affascinano della Polonia e dei polacchi come il fatto che siano secondo me la giusta via di mezzo tra la faciloneria degli italiani e l’estrema rigidità dei tedeschi ma anche cose che non fanno parte del mio bagaglio di valori come ad esempio l’esasperato nazionalismo.

 

B.T.: Quando il coronavirus ha iniziato a imperversare in Italia,  eri proprio a Milano, nel cuore del ciclone. Com’era la tua quarantena?

 

M.C.: Lavoro attualmente come esperto di sicurezza informatica in una società internazionale con sede molto vicina alle prime zone rosse, con la pandemia sono stato mandato a casa in smart working. Lavorativamente non è cambiato niente perché l’azienda era preparata per una tale eventualità ed addirittura, visto che il mio lavoro è stato comprovato possa essere svolto in maniera efficiente anche da casa, credo che non tornerò più in ufficio se non per casi puntuali e questa credo sia la più grande rivoluzione lavorativa che cambierà in maniera consistente l’Italia del dopo Covid19. Le famiglie che lavoravano a centinaia di chilometri di distanza oggi tornano a riunirsi sotto lo stesso tetto ed a vivere un rapporto più sano e naturale. Le aziende spendono meno in termini di spazi da mettere a disposizione dei dipendenti, spese di energia elettrica, riscaldamento, gas, pulizie, manutenzione e così via.

 

B.T.: Cosa è veramente importante per te nella vita?

 

M.C.: Sono convinto che non esista un senso alla vita uguale per tutti (con buona pace dei Monty Python) se non quello di non sprecarla, di non lasciare che i nostri timori ci impediscano di viverla appieno.

 

Rispondi

Inserisci i tuoi dati qui sotto o clicca su un'icona per effettuare l'accesso:

Logo di WordPress.com

Stai commentando usando il tuo account WordPress.com. Chiudi sessione /  Modifica )

Google photo

Stai commentando usando il tuo account Google. Chiudi sessione /  Modifica )

Foto Twitter

Stai commentando usando il tuo account Twitter. Chiudi sessione /  Modifica )

Foto di Facebook

Stai commentando usando il tuo account Facebook. Chiudi sessione /  Modifica )

Connessione a %s...